wtorek, 27 września 2016

(PRAWIE) WSZYSTKO O BAZACH MAILINGOWYCH + PROPOZYCJA DLA BLOGERÓW

Własna baza mailingowa wciąż trzyma się mocno, a w polskiej blogosferze wręcz przeżywa renesans. Dlatego uznałem, że warto zrobić materiał we współpracy z firmą DBMS i jego szefem Tomaszem Dziobiakiem (jego profil na Twitterze). Na samym końcu podcastu / transkryptu znajdziecie propozycję komercyjnego wykorzystania waszej bazy mailingowej drodzy blogerzy. Tymczasem zaś będziemy rozmawiać na następujące tematy:




 
+ Korzyści z posiadania z bazy mailingowej
+ Czy warto kupować kontakty do naszej listy, a jeśli tak to czym się kierować?
+ Czym kierują się internauci przy wyborze newsletterów?
+ Kiedy można mówić, że otwieralność jest duża?
+ Czym zachęcać do zapisu do naszej bazy?
+ Sens zakupu zewnętrznej bazy danych i kwestia legalności
+ Jak badać zachowania odbiorców? Tzn. Otwarcia, kliknięcia, wypisy itd.
+ Zasady skutecznego wysyłania mailingu


Zanim przejdziemy dalej powiem tylko w paru słowach jakie projekty można realizować wspólnie z DBMS:

- Kampanie mailingowe
- Kampanie cold mailingowe
- Kampanie SMSowe
- Platforma do email marketingu
- Sprzedają bazy danych
- Współpracują z blogerami! (JAK? ZAJRZYJ DO PREZENTACJI):





Bez zbędnego przedłużania zapraszam do odsłuchania naszej rozmowy!



TRANSKRYPT DLA OSÓB, KTÓRE WOLĄ CZYTAĆ ZAMIAST SŁUCHAĆ:


Mateusz Kiszło: Już w zasadzie, aby nie przedłużać to opowiedz najpierw coś o sobie, a później o tym jaki masz w zasadzie z firmą DMBS i dlaczego to nagrywamy.

Tomasz Dziobak: Cześć, nazywam się Tomasz Dziobiak. Jestem przedsiębiorcą, działam w branży interaktywnej w internecie już w tej chwili od trzech lat. Wcześniej byłem menadżerem w korporacjach, więc jestem takim post korpo szczurem, który przemienił się w startupowca. Wcześniej pracowałem m.in. w Orange i Telekomunikacji Polskiej. Specjalizowałem się w analityce danych, CRMach i Big Data, a w pewnym momencie mojego życia, gdy dopadł mnie kryzys, postanowiłem założyć firmę i w tej chwili spełniam się jako przedsiębiorca co daje mi dużą satysfakcję. Założyłem DMBS, czyli spółkę którą kiedyś, gdy byłem na Web Summit określono jako s-marketing company, czyli taki smart marketing. Specjalizujemy się w analityce baz danych, analityce zachowań klientów i budujemy w ten sposób efektywne kampanie marketingowe. Używamy w tym celu naszych narzędzi do email marketingu takich jak np. Greensander, ale współpracujemy też z Getresponse, Freshmail, czy Salesmanago.

M: Kojarzę te firmy jak najbardziej. Czy to już wszystko co robicie, czy to już wystarczająco dużo i więcej roboty nie potrzeba?
T: Zawsze jest pokusa, by robić dużo fajnych rzeczy, ale jeśli chodzi o core biznesu to jest to analityka różnych danych, gdzie produktem jest efektywnościowa kampania dla domów mediowych, ale przygotowujemy również bezpieczenie bazy danych, które są już wyprofilowane do działań tzw. cold mailingowych lub cold callingowych. Wielokrotnie jest też tak, że call center przychodzi do nas z prośbą pt. "zbudujcie nam kampanię prospectingową". Polega na tym, by rozgrzać tego klienta, a przynajmniej go poinformować lub wyankietować. Jeśli mamy tylko adres mailowy, bo ktoś takowy pozostawi, to stosujemy zasadę permission marketingu i double opt-in, żeby w kolejnych odsłonach tego maila, którego wysyłamy w danej kampanii pozyskiwać trochę więcej, zaprzyjaźniać się z użytkownikiem i postarać się wydobyć więcej informacji, aby ten użytkownik nie poczuł się atakowany przez nas.

M: Jasne. Powiedzmy, że słucha to jakaś firma i po wszystkim co powiedziałeś ona się zastanawia, czy mogą być waszym klientem. Kto może do was zadzwonić / napisać i powiedzieć, że chce z wami współpracować?

T: Mogą to robić firmy, bo naszą misją jest pomoc w sprzedaży i to akurat jest zupełnie niezależne od branży, bo mogą to być podmioty w kraju i za granicą. Wspieramy konsumentów w inicjatywach takich jak chociażby lista Robinsonów przy stowarzyszeniu marketingu bezpośredniego, czy też będąc świadomym odpowiedzialności mamy odpowiednią politykę antyspamerską przeciwdziałającą nadużyciom w komunikacji. U nas ktoś kto zastrzeże dane mamy swoją listę robinsonów i każdemu z naszych partnerów użyczamy tę informację, aby osobom, które nie wyraziły zgody, albo nie chcą wyrazić zgody ułatwić wylogowanie się z tych wszystkich działań.

M: W porządku. Taka firma was słucha i może się zastanawiać czy ją na wasze usługi stać. Jak wy rozmawiacie z firmami, jak wy im pomagacie i tak dalej.

T: Na potrzeby pozyskiwania klientów stworzyliśmy najtańszy pakiet 500, czyli otrzymuje dostęp do gwarantowanej liczby prospektów, które otrzymuje do swojej branży. My z jednej strony cały czas prowadzimy akwizycję informacji o użytkownikach i stąd ktoś może nas zapytać, chociażby przez naszą wyszukiwarkę, którą mamy na stronie głównej, jakiego profilu klienta szuka. Wyobraźmy sobie, że poszukuje na przykład nauczycieli. W kampaniach, które do tej pory realizowaliśmy na pewno są nauczyciele, wiemy jak oni odpowiadają, wiemy o której odbierają telefony, a jeśli tak to o której godzinie i wiemy z jakimi wcześniej rzeczami tam dzwoniono. My w ramach abonamentu dajemy paczkę danych wrzucając ją do naszego narzędzia Greensendera , gdzie właśnie taka omnichannelowa (dwoma metodami np. mailem i telefonem - M) komunikacja może być realizowana na bieżąco i ten ktoś może zacząć prowadzić dialog. DMBS sp.z.o.o. to trzy biura dzisiaj i biuro obsługi klienta znajdujące się w Łodzi pomaga skonstruować taką kampanię cold mailingową czy cold callingową dla użytkownika i pokazuje jak te komunikaty mają wyglądać, aby wciągnąć w interakcję i zaangażować użytkownika. Po nauczeniu tej sztuki użytkownik korzystając z udostępnionych przez nas narzędzi dalej sam może sobie działać.

M:  Wdrażacie go, pokazujecie mu narzędzia i w każdej chwili jesteście pod ręką?

T: Tak. Dlatego mamy na stronie zoopim chat na stronie głównej, który pozwala od razu porozmawiać bezpośrednio ze strony na czacie z Wojtkiem. To jest żywy człowiek, nie żaden bot i on udzieli ci informacji. Wychodzę z założenia, że obsługa firmy i biznesu wymaga jednak relacji oraz poświęcenia jej czasu, bo jest to wtedy zwyczajnie skuteczniejsze.

M: Tak jest, zdecydowanie. Zebraliśmy się jednak tutaj, aby pogadać o newsletterach i po to na pewno odpalili ten podcast słuchacze (lub czytelnicy tacy jak ty! - M), więc opowiedz mi proszę o korzyściach z posiadania takiej bazy. Dużo razy padło stwierdzenie baza mailingowa, ale ... po co ją mieć?
T:  To zależy trochę od strategii i o jakiej grupie mówimy. Utarło się na dzień dzisiejszy, że baza jest takim złotem rzekłbym, a to dlatego, że adres mailowy jest dzisiaj tym czym jeszcze kiedyś dla naszych dziadków, czy babć był kiedyś fizyczny adres pocztowy. Jest to miejsce w którym otrzymuje ważne informacje lub będę chciał tutaj takowe otrzymywać. Na facebooku otrzymuję mnóstwo rozmaitych powiadomień, a jeżeli dysponuję tą bazą swoich odbiorców i prowadzę z nimi pewien dialog, a także wchodzę w interakcję to będą moją korespondencję czytać traktując ją jako wartościową informację i rodzaj komunikacji ze mną. Facebook jest wszędzie, Snapchat i inne kanały również. Mail jest więc traktowany w, nazwijmy to, relacjach urzędowych i bardzo serio. Nie tylko przez 30 - 40 latków, ale również przez młodsze grupy odbiorców. Oczywiście wraz ze zmianą komunikacji to również ulega przekształceniom, ale jakkolwiek to brzmi warto dbać o ten bezpośredni kontakt za sprawą skrzynki.

M: Ja też od siebie dodam, że newsletter nie jest podatny na żadne algorytmy i mam pewność, że wysłana wiadomość (raczej) dotrze. Zwłaszcza, gdy mówimy o Facebooku (rozumiem dlaczego FB tnie, ale z drugiej strony niemiłosiernie to wkurza - M)

T: No tak. Dlatego też oprócz maili dużą popularnością cieszą się dzisiaj komunikatory. Dawno temu wymyślone Google Talk, czy Gadu Gadu, a dzisiaj mamy chociażby WhatsApp, czy chociażby Messanger, czy innego rodzaju narzędzia.

M: Czy chociażby Skype na którym właśnie gadamy.

T: Zwykle jednak to ta komunikacja mailowa jest miejscem w którym "mam dowód", że rozmawiałem i możemy go odczytywać w dowolnym momencie (na FB po wielu dniach nieobecności raczej na pewno nie przejrzymy cały newsfeed - M). Użytkownicy skrzynek traktują mail jako coś istotne. W świecie rzeczywistym dobrym odpowiednikiem może być list polecony i dlatego możemy mówić o percepcji użytkowników. Dużo mocniej odbierają każdy mail niż wiadomości w innych kanałach. Jeśli już w ogóle zdarzy nam się kupić bazę np. u nas to warto przy takim mailu powiedzieć zwyczajowe "Dzień dobry" po prostu. Na przykład "cześć, nazywam się tak i tak, posiadam ten adres stąd i stąd (np. kupiłem lub pozyskałem w drodze przejęcia). Chciałbym ci móc przedstawić coś takiego. Czy byłby skłonny mnie wysłuchać?". Tak prowadzona komunikacja jest na pewno lepsza niż ...

M: ... komunikat reklamowy na starcie. 

T: Użyje restauracji jako przykładu. Ostatnio byłem na wakacjach w Grecji i nawet do tej restauracji nie chciałem wchodzić, ale zainteresował mnie swoim podejściem ten człowiek, który zapraszał i był prawdopodobnie kierownikiem sali. Powiedział: "chodź zobacz jakie mamy fajne dania; jeśli będziesz następnym razem tędy przechodził wpadnij do nas, bo będzie dobra muzyka". To był cały przekaz. Rzeczywiście sam się zainteresowałem sposobem w jaki on mnie zachęcił. Takie praktyki właśnie rekomendujemy naszym użytkownikom. Po pierwsze przedstaw się, pokaż, że patrzysz jak odbiorca i opowiedz czego może się od ciebie dowiedzieć. To jest eleganckie rozwiązanie. Wtedy sami rozważą, czy są zainteresowani. Szczególnie to dobre, że mogę personalizować ten przekaz - szczególnie, gdy rozumiem kontekst.

M: Ruszyłeś temat kupowania kontaktów. Jaki jest sens zakupu jakichkolwiek kontaktów? Można was zapytać czy macie takie i owakie kontakty na sprzedaż? Jak jest z kwestią legalności?

T: Nie ma czegoś takiego jak sprzedaż bazy danych, bo jest to straszne uproszczenie. Sprzedaż bazy może nastąpić WYŁĄCZNIE kiedy sprzedałbym ci całą firmę lub jej część i daję ci prawa do jej własności intelektualnej, którą częścią są te kontakty, które posiadamy w naszej hurtowni. Natomiast rynek kupuje generalnie licencje z prawem do wykorzystania tej licencji. Zgoda marketingowa i zgoda na przetwarzanie danych udzielamy zgodnie z prawem temu podmiotowi, który zainicjował to działanie. W przypadku naszym to DMBS'owi zgodnie z regulaminem na www.edbms.pl. Warto sprawdzić, gdy już kupujemy czy nabywamy licencję na jednokrotnie, czy wielokrotne wykorzystanie, a także czy posiada zgodę marketingową na przetwarzanie danych do celów marketingowych, ale podmiotów trzecich. Mogę posiadać własną zgodę na MOJE cele, ale czy sprzedający taką zgodę posiada? Wielokrotnie zdarza się niestety tak, że takiej zgody nie posiada.

M: Zbiera je metodą chałupniczą z całej sieci, a później je sprzedaje bez zapytania. Jak to weryfikować, że ktoś ma tą zgodę lub jej nie posiada?
T: Przede wszystkim każdy administrator ma obowiązek zarejestrowania swojej bazy w GIODO. Tam określa jakie zgody dla danej bazy posiada. Jeżeli wejdziesz na dowolny profil jednej z naszych stron internetowych to zobaczysz, że w stopce masz podany numer zasobu z którego te kontakty były wzięte. W ten sposób GIODO identyfikuje właściciela oraz cel i sposób przetwarzania tych danych osobowych. Bardzo łatwo to sobie wpisać. 
M: Oczywiście wy to robicie dobrze i w ramach współpracy dbacie, by absolutnie wszystko było na swoim miejscu?

T:  Druga sprawa, że ten kto bazę tworzył nie ma problemu z tym, by powiedzieć w jaki sposób ona powstawała i pokazać wskaźniki docieralności.

M: Żeby pokazać, czy te maile są w ogóle czytane przez kogokolwiek.

T: Tak. Są jeszcze serwisy internetowe, które weryfikują jakość tych maili. Ma je WP, Onet i zewnętrzni dostawcy. Pomogą nam sprawdzić, czy w bazie kontaktów nie mamy przypadkiem jakiegoś spam trapa, czyli rodzaj adresu mailowego, który jest trzymany tylko "dla sztuki" jako zapchajdziura, które mogą być nieaktywne. Dlatego my u siebie w firmie jak patrzymy na konta mailowe to analizujemy je pod kątem przebiegu interaktywności.

M: Otwarcia, kliknięcia ...

T: Tak. Jeżeli dane konto nie było wykorzystywane od trzech miesięcy do sześciu miesięcy wzwyż to wchodzi w tzw. "karencję" i wysyłamy do niego ankietę w której pytamy o to, czy czemu nie otwiera, czy powodem jest może zbyt duża ilości tych wiadomości i tak dalej. Przypominamy mu okoliczności w jakich znalazł się w naszej bazie i ta metoda działa nadzwyczaj pozytywnie. Część z tych osób nie chce się wtedy wypisywać.

M: A może to z lenistwa? Mi samemu nie chce się czasami szukać tego guzika do wypisania się z listy, bo szybciej jest mi ją skasować. 

T: Tak, ale wtedy dajemy szansę w takim mailu na szansę uporządkowania swojej skrzynki pocztowej. Po co masz dostawać spam jeśli to cię w ogóle nie będzie interesowało. To jest świetna okazja, aby zrobić relację z tym użytkownikiem.

M: A ile taka współpraca z wami kosztuje? Załóżmy, że chcę dotrzeć do nauczycieli o których mówiłeś. Chcę dotrzeć do nauczycieli i w tym celu na próbę chcę kupić 500 wyników. Jaki to jest koszt i od czego to zależy?

T: Coraz więcej osób wchodzi w kampanie efektywnościowe. Nie tyle kupuje bazę do użytku własnego co proszą nas o realizację działań. Mówią na przykład "zrealizuj mi kampanię CPM (płatne za 1000 odsłon) / CPC (płatne od każdego kliku). Te modele możemy przypisywać do konkretnych kampanii. Podam niedawny przykład akcji z dotyczącej kart kredytowych. Podpisujemy umowę na pół roku i moja firma zobowiązuje się dostarczyć potencjalnie 100 leadów (potencjalnych klientów) zainteresowanych wejściem z posiadanie takiej karty, a gromadzimy ich za pomocą kampanii mailingowych w których wysyłamy zapytania w ankiecie. Można też stworzyć landing page zatytułowany "jak wybrać dobrą kartę kredytową" i to pozycjonujemy w sieci, aby ludzie trafiali tam bezpośrednio po wpisaniu konkretnych słów kluczowych. Bank płaci nam za taki kontakt do którego będzie mógł później zadzwonić. Z naszej strony wymaga to określonego wysiłku mającego na celu wymyślenie sposobu na przyciągnięcie potencjalnie zainteresowanych osób.


M: Słowem trzeba z wami wynegocjować stawkę.
T: Natomiast są firmy, które chcą wynająć bazę do samodzielnego obdzwonienia i wtedy rozliczamy się per kontakt. Wtedy jest on bardzo tani i kosztuje powiedzmy w granicach 1,5 zł, ale ceny są bardzo zróżnicowane.

M: Pewne grupy są tańsze, a inne droższe. 

T: Owszem. Firmy windykacyjne na przykład mocno weryfikują poprawność tych danych i tu rozliczamy się z kolei per zweryfikowany poprawnie kontakt. W tym przypadku nasi analitycy sprawdzają jak dotrzeć do tego dłużnika, który często podaje nieprawdziwe informacje.

M: A w jaki sposób interpretować zachowania użytkowników naszego newslettera? Często patrzę na własny i widzę mnóstwo przeróżnych zachowań. Jedna osoba często otwiera, ale z kolei nigdy nie klika w odnośniki. Inny się zapisał i za chwilę się wypisuje. 

T:  Dlatego wcześniej powiedziałem, że działamy omnichanelowo (mailem i telefonem), bo zależało nam na tym, żeby wykorzystywać synergię między różnymi kanałami i dlatego stworzyliśmy Greensender. Testowaliśmy różne narzędzia wiodących dostawców, ale zawsze było coś nie tak jeśli chodzi o automatyzację. Były świetne jeśli chodzi o jeden kanał, ale z innym sobie już nie radziły. Ponieważ bardzo cenimy sobie elastyczność i budowanie pewnego drzewka logicznego pod nasze potrzeby stworzyliśmy właśnie własne narzędzie. Dlaczego o tym mówię ... Dlatego, że jeśli liczy się czas wysłania tej wiadomości, czy też czas odczytania tej wiadomości lub kliknięcia i możemy wtedy posiłkować się różnymi mediami np. mając adres mailowy lub numer telefonu do subskrybenta to możemy wysłać mu smsem wiadomość o tym, że na skrzynce ma nowego maila. Robimy tak z różnych powodów - mail mógł trafić do spamu (co się zdarza często przy Gmailu, który często zmienia algorytmy). Warto ich obserwować i segregować. Spójrz na przykład na mnie jako właściciela firmy, który inaczej czyta maile od osób np. zatrudnionych na etacie. Podczas realizowanej niedawno realizowanej dla portalu z podróżami zwróciliśmy uwagę, że wyjątkowo dobrze konwertują mężczyźni. Rano między 9.00 a 10.00 odczytywali te maile, a drugi raz sprawdzali go między 17.00 a 18.00. Działo się tak dlatego, że prawdopodobnie konsultowali to z partnerem jakieś typy.

M: Mówisz o wspólnych wyjazdach.

T:  Warto rozumieć swoich odbiorców i zastanowić się o której taka osoba będzie tego maila odczytywać. Odnosząc się do ciebie i twoich odbiorców, którzy w dużej mierze są na pewno przedsiębiorcami. Kiedy takie osoby mogą chcieć poświęcić swój czas na lekturę twoich wpisów, które mają charakter rozwijający? Żeby zachęcić do interakcji takiego użytkownika, który w ogóle nie klika i nie czyta. Jeśli otagujemy sobie kreację, czyli określone linki w mailu, a oni nie wejdą z nimi w interakcję to możemy później wysłać takiego hybrydowego, czyli ustawić sobie logikę kolejnego maila z pytaniem do tej osoby, czy tematy, które wysyłałem dotychczas nie są interesujące.

M: Napisać wprost.

T:  Ku zdumieniu niektórych osób to działa. Wchodzimy w dialog. Wysyłając mail nie jesteś przecież anonimowy. My ostatnio wysłaliśmy takiego maila do firm, że drogi przedsiębiorco Janie Kowalski (personalizowaliśmy tego maila, więc było z imieniem i nazwiskiem), czy wiesz, że klient dzisiaj to nie jakaś anonimowa osoba, ale to również może być twoja żona! Tak dosłownie zatytułowaliśmy maila i wysłaliśmy go do bazy użytkowników w Niemczech. W treści krył się raport informujący o tym dlaczego warto personalizować bazy konsumenckie i dlaczego ta wiedza o kliencie jest istotna.

M: Tytuł też ma znaczenie. Mam wrażenie, że to połowa sukcesu. Swoją drogą wielokrotnie wspominałeś o Greensenderze. Gdybyś mógł opowiedzieć czym się odróżnia od innych programów. Zwykły laik nie widzi różnicy.

T: Stworzyliśmy go trochę pod nasze potrzeby. Zdecydowaliśmy się go udostępnić podobnym podmiotom jak my, które wysyłąją bardzo dużo, ale również potrzebują czegoś do akwizycji. Greensendera można wykorzystywać obok innych wiodących systemów, ale z nastawieniem na akwizycję, a nie retencję. Nie zapominajmy bowiem, że grono wysyłek jest wysyłkami akwizycyjnymi.
M: Co to znaczy retencja Tomku?

T: Utrzymywanie relacji. Akwizycja to z kolei pozyskiwanie nowych z "zimnych" kontaktów (np. z wynajętej bazy mailingowej). Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież można zastosować reklamę banerową i stamtąd również pozyskiwać kontakty. Pytanie brzmi jednak z jakich kanałów moi potencjalni klienci najchętniej korzystają. Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że dobrze przeprowadzony kontakt do osób, które nas nie znają, ale otrzymają od nas pierwszą, dobrze wyprofilowaną wiadomość przyniesie lepsze efekty niż np. kupione w odsłonach banerowych kliki. Dzieje się tak dlatego, że użytkowników widzi personalizację, a tym samym zdaje sobie sprawę z faktu, że z jakiegoś źródła musi mieć ten kontakt i nie jest to więc zwykłym spam. 

M: Swoją drogą mam pytanie o skuteczność mailingu. Przy jakiej procentowo liczbie otwarć można mówić o sukcesie?

T: To jest całkiem proste. Dzisiaj wiele instytucji, a w tym m.in. IAB, którego jesteśmy członkiem, prowadzi różnego rodzaju badania. Pewne branże charakteryzują się konkretną otwieralnością, zaangażowaniem i wieloma innymi współczynnikami. Wiadomo, że produkty są różne. Inaczej jest jak kupujemy produkt finansowy, a inaczej, gdy nabywamy odzież. W owych badaniach jest wspomniane jak poszczególne branże osiągają różne efekty np. CTR (kliknięć do otwarć), czy też wypisów wszelakiej maści. Znając treść tych badań mogę stwierdzić czy dana kampania odniosła sukces, a podam ci przykład: w branży odzieżowej, gdy mam CTR 25% to się bardzo cieszę, w podróżach miałem 45%, a z kolei w finansówce mając CTR powyżej 8% można powiedzieć, że poszło dobrze. Te ostatnie działają najgorzej, bo nie sposób porównać wagi decyzji jaką jest kupno koszuli, a wzięcie np. kredytu.

M: Słowem trzeba mieć z tytułu głowy informację odnośnie tego z jakiej branży jesteśmy i w zależności od tego należy spodziewać się trochę innych wyników. A czy są jakieś zasady skutecznego wysyłania mailingu?

T: Złota zasada jest taka, że ten użytkownik musi tego maila oczekiwać, a nawet jeśli posiłkujemy się zakupioną bazą to umiemy go zapytać, czy byłby skłonny wejść z nami w jakąś grę rynkową. Jeżeli będzie świadomy tego skąd mamy ten adres, potrafimy mu to wyjaśnić i go zaangażować to znaczy, że przestrzegamy absolutnych podstaw. Wiemy, że na nasze wiadomości będzie czekał, że jest głodny, ale trzeba pamiętać, że nie zawsze ma ochotę akurat na to danie, które mu zaproponujemy.

M: Uważam, że poruszyłem już wszystkie najważniejsze tematy. Czy jest coś jeszcze Tomku co chciałbyś dodać?

T: Tak. Czy ty jako bloger myślałeś kiedykolwiek o współpracy z takimi podmiotami jak ja. Czy chciałbyś mieć kogoś w rodzaju menadżera dla twojej bazy użytkowników.

M: Załóżmy, że wszystko co teraz do mnie mówisz kierujesz również do słuchaczy i czytelników.  

T: Czy uważasz to za sensowne, abyśmy wykorzystywali we współpracy z tobą twoją bazę wysyłając maile o przekazie reklamowym i rozliczali się z tobą prowizyjnie od naszego zarobku? W skrócie chodzi o przerzucenie kontaktów na Greensender (nie musisz rezygnować z aktualnego programu do newslettera!) i mielibyśmy zgodę, by w twoim imieniu wysyłać propozycje mogące zainteresować twoich czytelników.  W twoim konkretnym przypadku byłyby to produkty dla przedsiębiorców z racji tego, że stanowią oni na pewną sporą część twoich czytelników.

M: Ja odpowiem tylko za siebie, choć przekaz kierujesz do wszystkich zainteresowanych tą metodą rozliczania osób. Pierwsza myśl jaka mi się nasunęła jest taka, że to jest moje i ktoś właziłby mi z butami. Z drugiej strony jeśli ci to udostępnię i raz się najwyżej sparzę (bo się nie uda, bo subskrybentów zniechęci). Na pewno przekonująca jest szansa na monetyzację tej bazy i jego to całkiem ok, gdy będzie to robione w rozsądnych odstępach czasowych. Do kogo mam kierować w sprawie realizacji tego pomysłu?

T: Do mnie (tomasz.dziobiak@edbms.pl). Ponieważ Greensender jest na tyle elastyczny, że możemy ustalić wspólnie odpowiadające obu stronom zasady. Rodzajów modeli jest mnóstwo - od CPL, po CPM, czy CPC. Myślę, że jest to mało inwazyjne, można dodawać przekaz reklamowy OBOK informacji o twoim nowym wpisie. Piszcie do mnie z każdym pytaniem i wątpliwościami, a ja chętnie na każde odpowiem i może uda nam się znaleźć wspólny język, a dla was blog okaże się fajnym dodatkowym źródłem dochodu, albo przy zerowym nakładzie pracy zarobicie na nim jeszcze więcej. Przeanalizowałam warunki w jakich pracujesz i pozostali blogerzy. To co proponuję to udostępnię wam bezpłatnie narzędzie Greensender oraz system pop-up do budowy bazy od razu zintegrowany z FB oraz TW do budowy waszej bazy.  Dzięki czemu możecie budować bazę użytkowników oraz  prowadzić systematyczną wysyłkę powiadomień. To co chciałbym w zamian to możliwość umieszczenia treści  dwa razy w miesiącu na blogach dotyczących oceny jakiejś oferty , która może kierowac na landing page lub uruchomi popup do zapisu do skorzystania z danej oferty. Oraz dwa razy w miesiącu będę mógł zrobić mailing sponsorowany do użytkowników. W przypadku realizacji zdarzenia monetyzującego wasz ruch (kliknięcie, zapis z prośbą o kontakt – sprzedaż) odpalilibyśmy dodatkowo wam 30% z przychodu. Myślę, że sytuacja jest win-win dla obu stron ty zarabiasz a my natywnie wykorzystujemy wasze możliwości (pisze wasze, bo zakładam że to będziemy mogli zrealizować u innych blogerów również). Napisz co o tym myślisz. Czy mogę dać kontakt do ciebie do mojego teamu abyśmy zrobili test efektywności. Pytam bo w sumie ciekawy czas obecnie nadchodzi. – ostatnia część roku.

sobota, 17 września 2016

JAK ZARABIAĆ NA BLOGU? - ROZMOWA Z KRZYSZTOFEM LISEM

Wspomniany człowiek to jedna z bardziej znanych osobistości internetowych zajmujących się tematyką zarabiania w sieci - a przynajmniej jedna z niewielu, która ma na tym polu faktycznie poważne dokonania. Prowadzi sporo blogów, ale zaprosiłem go dla was głównie z powodu jednego z nich, czyli tego pod tym adresem: KLIK. Opowie wam o następujących tematach, które niejednej osobie mogą spędzać sen z powiek:

- Jak zarabiać na blogach? Ogólne pytanie, które przeradza się w dyskusję.
- Czy Google Adsense pozwala dziś zarobić w dobie adblocków?
- Modelowy przykład zarabiającego bloga
- Jak zmonetyzować bloga ... nie zarabiając na nim bezpośrednio?
- Czy blogi sprzedają?
- Czy posiadanie wielu blogów ma sens?
- Jakie błędy popełniamy myśląc o monetyzacji bloga?
- Monetyzacja na You Tube (uznaliśmy, że to też forma blogowania)
- Przyszłość monetyzacji blogów
- Dlaczego reklamodawcy wybierają czasem blogerów zamiast serwisów i np. kampanii banerowej?




Teraz słowo wyjaśnienia! Otóż nagraliśmy podcast ... nawet dwa. W obu wypadkach problemy techniczne po mojej stronie spowodowały, że nadawał się wyłącznie do wyrzucenia ze względu na fatalną jakość dźwięku. Szalenie żałuję, że Krzyszof jest godnym mówcą i fajną gadułą, która ma ogromną wiedzę. Zdecydowałem się więc na transkrypt, czyli pisemną wersję naszej rozmowy, która znajduje się niżej. Pierwszy raz w historii tego bloga, więc to takie swoiste szczęście w nieszczęściu. Nie uchowało się niestety wszystko o czym rozmawialiśmy więc ...

... PONIŻEJ KRZYSZTOF DORZUCIŁ ODPOWIEDZI W FORMIE AUDIO NA KILKA Z PYTAŃ, KTÓRE NIE POJAWIŁY SIĘ W TRANSKRYPCIE:
 




WRACAJĄC DO SAMEGO WYWIADU - oto i on!


Mateusz: Krzysztofie, gdybyś mógł się przedstawić słuchaczom w trzech słowach.

Krzysztof: Dzień dobry, nazywam się Krzysztof Lis. Gdybym miał o sobie opowiedzieć w trzech słowach to nie byłbym w stanie, więc będzie w pięciu. Zarabiam w internecie. Ostatnio liczyłem, że tak około połowę życia. Pierwsze pieniądze zarobiłem w nim jakoś w 2001 roku na jakimś banerku na stronie internetowej. Od 2006 roku zarabiam na blogach. Od 2007 piszę blog o zarabianiu na blogach. Od 2011 do niedawna pracowałem dla Agory, gdzie zajmowałem się optymalizacją reklamy kontekstowej i automatycznej. Moim zadaniem było to, aby z konkretnych reklam na stronie wyciągać jak najwięcej pieniędzy. Od niedawna pracuję zaś dla grupy Adtaily przy produkcie, który ma za zadanie pomagać wydawcom i właścicielom stron internetowym w spieniężaniu ruchu. Mogę powiedzieć, że chyba trochę się znam. Do Agory i do Adtaily dostałem się, bo ktoś zauważył, że się na tym znam. Ktoś zauważył, że prowadzę bloga o zarabianiu na blogach, zaprosił mnie do współpracy i tak od tamtego czasu to się toczy. Mogę z pewnością powiedzieć, że zarabiam dziś pieniądze, bo kiedyś zacząłem prowadzić blog.

M: A jakie blogi prowadzisz? Wiemy na pewno o jednym, bo jesteś z niego znany. 

K: Zarabianie na blogu pl to jest ten blog, który pewnie masz na myśli ...

M: ... tak jest ...

K ... ale tak naprawdę blogów mam ponad grubo piędziesiąt. Tak, chyba koło sześćdziesięciu w tej chwili. To jest efekt tego, że miałem całe mnóstwo dobrych pomysłów odnośnie tego jakie blogi mogłyby zarabiać dla mnie pieniądze, a pozniej okazywało się, że te pomysły nie były takie dobre. Dużych, popularnych blogów to mam może trzy. Pierwszy to ten o którym wspomnieliśmy. Drugi to drewno zamiast benzyny, który istnieje od 2003, a pisze w nim o biopaliwie, o ekologicznym stylu życia ... Takie tematy, którymi się kiedyś jeszcze zafascynowałem będąc na studiach. Najpopularniejszym blogiem przy którym ostatnio pracuję jest domowy survival, którzy współtworzę z kolegą i traktuje o przygotowywaniu się na trudne czasy. Na wojnę, na głód na świecie, ale też na przykład na długotrwały brak prądu. Oprócz aktywnego pisania na blog robię też sporo filmów na You Tube i to jest najważniejsze działanie. Właśnie w tej chwili, gdy rozmawiamy renderuje mi się film na kanał.

M: Czyli nie boisz się ekranu?

K: Już nie.

M: Jasne, bo to wszystko przychodzi z czasem. Powiedz mi Krzysztofie – jak zarabiasz na tych blogach? Po to właśnie głównie cię zaprosiłem.

K: Jasne! Większość pieniędzy jakie zarobiłem w internecie miało miejsce dzięki Google Adsense; jednej z chyba najpopularniejszych sieci wydawniczych na świecie, a na pewno jednej z najpopularniejszych w Polsce. Uważam, że jest to świetny punkt wyjścia, by zacząć, bo wystarczy wstawić sobie ko na stronę, a system zam zadba, aby wyświetlały się odpowiednie reklamy, które mogą użytkowników zainteresować. Tu zarobiłem najwięcej pieniędzy i w dalszym ciągu to moje główne zrodło dochodów na blogach. Zdarzają się także również bezpośrednie współprace z reklamodawcami na blogu. Czy to w formie wpisów sponsorowanych, czy w postaci fantów do przetestowania. Czasami też sprzedaję banery bezpośrednio na swoich blogach. Ostatnią z istnotniejszych form jest reklama w sieci afiliacyjnej (KONIECZNIE PRZECZYTAJ POZNIEJ TEN WPIS O ZARABIANIU NA AFILIACJI), a co ciekawsze staram się interesujące moich czytelników promować. Drobiazgi wpadają z programów typu content stream, która ma taki produkt służący do wyświetlania treści powiązanych z danym wpisem. Oprócz tych treści pojawia się tam również reklama i jeśli ludzie w nią klikną to otrzymujemy kilka groszy.

M: Czy google adsense w dalszym ciągu będzie miał sens w dobie tak powszechnych adblocków?

K: No z tymi adblockami to jest kiepsko, bo my w Polsce mamy chyba największą populację osób, które z nich korzystają, bo nawet międy 35 a 40% użytkowników przeglądarek z nich korzysta i jest to przerażające. Rzeczywiście reklamy adsense łatwo zablokować, bo ich kody znajdują się w każdy filtrze, ale opieram sie na tych pozostałych 60%. Poza tym na komórkach jest niewielka liczba osób, które blokują reklamy, a z kolei ruch komórkowy znacznie rośnie. Adsense jest więc moim zdaniem dobrym punktem wyjścia do czasu znalezienia bardziej efektywnego sposobu spieniężania ruchu. Jeśli zaś udaje mi się nawiązać bezpośrednie współprace z reklamodawcą to wyłączam lub zastępuje bannery innymi reklamami. Staram się również korzystam z takich form, których łatwo zablokować się nie da np. linków programów partnerskich, gdy opisuję produkt na blogu. Głupotą byłoby nie podanie adresu do strony internetowej, gdzie można go kupić. Ewentualnie kieruję do porównywarki cen (LUB SKORZYSTAĆ Z CENEO) co stanowi dla czytelników dodatkową wartość. Adblock jest więcej niezłym punktem wyjścia, aby nawet wyceniać współpracę, bo wiem, że blogerzy, czy właściciele stron mają z tym problem. Dzięki statystykom Adsense wiemy jakie poszczególne miejsca na stronie mają liczbę kliknięć i odsłon. Pozwala nam to oszacować jaką dany banner będzie miało wartość dla reklamodawcy, a także dla nas samych. Możemy łatwo policzyć jaką sumę zaproponować, by zwróciło nam się z nawiązką wyłączenie Adsense.

M: Co z pozostałymi programami partnerskimi? Powiedzmy sieci afiliacyjne – czy na nich da się robić pieniądze?

K: Tak, z całą pewnością. Michał Szafrański, którego podziwiam i którego bardzo szanuję za to co osiągnął zarobił w większości dzięki program afiliacyjnym właśnie. Polecał za ich pomocą lokaty za pomocą, których jego czytelnicy mogą zarabiać pieniądze i ona zarabia na tym ogromne pieniądze.

M: Bez zaglądania w kieszeń, bo sam Michał to potwierdza, zarabia na tym miliony. Swego czasu chwalił się ilością zakładanych lokat, które jego czytelnicy otwierali w tysiącach, a za otwarcie której otrzymywał konkretną sumę. Dodajmy do tego rosnący ruch, zaufanie jakie zdobył i fakt, że przestał publikować dokładne sumy, bo stały się tak duże, że „niektórych mogą kłuć w oczy”, a mamy pewność, że to przedstawiciel blogerów – milionerów.

K: Tak, tak, z całą pewnością. To jest model, który moim zdaniem jest najlepszy dla wszystkim ze stron. Michał dostarcza jakościową treść swoim czytelnikom. Ktoś kto szuka informacji o tym gdzie oszczędzać i gdzie zarobić dodatkowych parę złotych na lokatach znajdzie u niego odpowiedzi na te pytania. Sam Michał za polecenia sprawdzonych produktów ma z tego korzyść, a bank ma zainteresowanie klienta. Więc jest to zasada 3 x win jak to kiedyś Maciej Budzich z „Mediafun” wymyślił, czyli każda strona wygrywa, gdzie każda ze stron otrzymuje wartość. Jeśli się ma odpowiedni ruch to na sieciach afiliacyjnych można zarobić olbrzymie pieniądze. Odpowiedni ruch oprócz odpowiednio dużych cyfr oznacza również ludzi zainteresowanych tymi konkretnymi produktami. Albo patrząc z drugiej strony dostarczając reklamy ludziom, które mają szansę ich faktycznie zainteresować. Jakiś czas temu narzekałem na swoim fanpageu na jedną z sieci afiliacyjnych, a skłoniła mnie do tego rozmowa z pracownicą jednej z tych sieci, która zaproponowała mi, abym wstawił ich reklamę na blog. Odpisałem, że oczywiście bardzo chętnie spróbuję, ale proszę napisać o który blog państwu chodzi, a przypominam, że mam ich kilka. Napisała, że chodzi o blog zarabianie na blogu i mają w swojej ofercie reklamy pożyczek. Odpisałem jej, że na moim blogu ludzie szukają informacji o tym jak zarabiać pieniądze, a nie o tym jak je pożyczyć. Może ma więc pani jakieś inne kategorie. Ona na to, że przecież to świetna propozycja, bo może pan zarobić na tym mnóstwo pieniędzy. Pojawiło się jeszcze stwierdzenie, że „jak pan wstawi te reklamy na blog to pokaże pan czytelnikom, że można zarabiać bez ryzyka”. Problem polega na tym, że jest właśnie olbrzymie ryzyko dla mnie kiedy wstawię reklamę zupełnie niedopasowaną do potrzeb i oczekiwań czytelników. Ale ci ludzie wysyłają te maile na cały świat ze ślepym przekazem „zapraszamy do programu, 200 zł za pożyczkę”. To wszystko fajnie, ale na przestrzeni działania reklamy tej pożyczki może NIKT nie wziąć, a reklama się będzie świecić. Rzeczywiście jest to model współpracy bez ryzyka – dla reklamodawcy, bo dla mnie jest to jednak duże ryzyko. Ponarzekałem sobie na nie, ale ja ze współpracy z nimi jestem zadowolony bardzo. Jedna z nich ma program afiliacyjny księgarni w której polecam czytelnikom pozycję, którą przeczytałem i wskazując, gdzie można ją ewentualnie kupić dzięki czemu mam szansę zarobienia kilku złotych, a nie tylko kilkudziesięciu groszy jak w przypadku porównywarek cenowych. W sprzyjających warunkach współpraca z sieciami afiliacyjnymi ma sens, bo jednym z czynników jest to, by czytelnicy byli na odpowiednim etapie procesu zakupowego. Jak Michał pisze artykuł o najlepszych lokatach to wiadomo, że do tego artykułu trafiają osoby, które tego szukają choćby z wyszukiwarki. Jeśli ja mam na przykład blog o fotografii i wrzucę na niego bardzo ogólny artykuł o kamerach GO Pro na przykład to do tego artykułu mogą i na pewno będą wchodzić ludzie, którzy nie podjęli jeszcze decyzji o zakupie. Wtedy taki link będzie mało skuteczny, bo te osoby zechcą pogrzebać za informacjami dalej i mój link będzie zwyczajnie zapomniany.

M: Trzeba powiedzieć jedną rzecz – Michał zdobywał latami zaufanie i tworzył ten tunel sprzedażowy sprawiając, że jeśli powie, że coś jest dobre to niemal nikt nie poddaje tego w wątpliwość. Słowem zaufanie sprzedaje bardziej niż nawet mrowie linków i masowa reklama.

K: Tak. Dużo lepiej wygląda i działa link z tabelki czy link z informacją, że to jest sklep w którym ja robię zakupy i jestem z nich zadowolony niż po prostu banner reklamowy. Po to się pisze blogi, by przekazywać przede wszystkim własne doświadczenia i jakoś do nich nawiązywać. Po kilku miesiącach czy też latach można zaobserwować coś w rodzaju zaprzyjaźnienia się z danym autorem.

M: W tym zdaje się kryć odpowiedzieć na pytanie, które często sobie zadawałem – czemu firmy lub agencje świadomie wybierają czasem blogerów zamiast artykuły lub bannery w serwisach.

K: Myślę, że właśnie dlatego, że blog i bloger to jedność. Często jest wręcz tak, że blogi są wręcz obrandowane nazwiskiem autora. Nierzadko wstawia swoje zdjęcie, więc przestaje być anonimowy. Prawie zawsze jest jasna informacja kto ten artykuł napisał nawet jeśli jest to pseudonim jak np. zwierz popkulturalny. W dużych portalach autorzy artykułów podpisują się inicjałami i nawet nie wiadomo kto to jest.

M: Zostawiasz komentarz, nie wiadomo czy odpowie, nie wchodzisz z nim w żadną interakcję. Masz wygenerować odsłonę i sobie stąd iść. Jak chcesz to coś napisz, a jak nie to droga wolna. 

K: Tak – czytelnik może odejść. Zresztą mam wrażenie, że te portale są bardzo drogie.

M: Kiedyś nawet sprawdzałem, bo bywa, że są niekiedy ogólnodostępne, a część jest ukryta za telefonem lub mailem do handlowca (nie wiem czy to dobry przykład, ale Spiders Web nie ukrywa swojego cennika - jest dostępny tutaj). Taki banner na głównej jednego z wiodących serwisów może kosztować nawet kilkaset tysięcy złotych. Ty szczególnie o tym wiesz jaki jest z nich wskaznik ROI (czyli zwrot z inwestycji). Czy twoim zdaniem lepiej jest więc wydać pieniądze u blogera czy w serwisie? Nie żebym stawiał tezę, która jest ci z góry narzucona i chciałbym ją potwierdzić. Pytam, bo naprawdę jestem ciekaw w jakich okolicznościach wybrać jedną lub drugą opcję. Chciałbym usłyszeć zdanie osoby bezstronnej, czyli takiej, która ma bloga, a także pracuje dla serwisów.
K: Trudno odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Obydwa rozwiązania mają swoje dobre strony. To zależy bardzo często od modelu biznesowego i od celu, który chce się uzyskać dla danej kampanii. Jeśli chce się uzyskać efekt wizerunkowy, czyli budować rozpoznawalność marki (zwłaszcza z dobrami szybko zwywalnymi takie jak proszki do prania, czy żarcie dla psów) po prostu w zasięg, czyli kupować dużo odsłon. Nie trzeba kupować odsłon całego serwisu przez tydzień, albo odsłon jakiegoś serwisu tematycznego. Można natomiast kupić wyświetlanie użytkownikom o których wiemy, że czegoś konkretnego szukają na podstawie zgromadzonych danych. Te spersonalizowane odsłony mogą kosztować nawet kilkaset złotych, gdy szukam kogoś z bardzo wąskiej grupy, a potencjalna odsłona może mi się zwrócić (np. docieramy do osób, które szukają auta; marża na tym jest gigantyczna). 

M: Mówisz mi to wszystko i krętymi ścieżkami myślowymi przyszło mi do głowy, by zapytać cię o przyszłość monetyzacji blogów. Obserwujesz ten rynek, bo jak sam wspomniałeś jesteś z nim związany od 2006 tak więc widzisz jak one ewoluują. W którym kierunku zmierzają?

K: Sztuką jest zrobić to trafnie :)

M: Powróżmy z fusów.

K: OK. Myślę, że przez to, że tak dużo jest tych osób stosujących adblocka i będzie ich jeszcze więcej. Tym samym podejrzewam, że reklamodawcy będą stopniowo odchodzić od klasycznej reklamy banerowej, czy kontekstowej, które można łatwo zablokować. Adblock wyłapie wszystko co ma reklama w nazwie, wyłapie dowolne formaty i po prostu zablokuje ich wyświetlanie. Reklamodawcom też zależy na tym, aby ich treści docierały do internautów.

M: Czyli będą chcieli uderzyć w reklamę bardziej kontekstową, czyli natywną (np. wpisy sponsorowane). Coś co Adblock nie wyłapie, bo wygląda jak zwykła treść.

K: Product placementy w artykułach, wpisy sponsorowane ... Można sobie wyobrazić, że jakieś dodatkowe filtry do Adblocków powstaną. Wypadałoby, bo nie ma ścisłych uregulowań prawnych, aby oznaczać treści w jakiś sposób sponsorowane, więc algorytmy mogą nawet wyłapywać te słowa. Nie jest więc powiedziane, że to również w przyszłości nie będzie blokowane.

M: Tak swoją drogą przyszło mi do głowy ... W internecie jest mnóstwo treści, którą można konsumować na wiele sposobów: czytać, oglądać, słuchać ... Nie masz wrażenia, że cierpimy na klęskę urodzaju i jest tego momentami za dużo?

K: Pewnie, że tak. Kiedyś korzystałem z takiego niedziałającego już Google Readera, gdzie trzymałem wszystkie swoje subskrybcje RSS. Teraz wszystkich śledzonych przeze mnie treści dostarcza mi Facebook i You Tube. Mając tą świadomość, że z RSSów już prawie nie korzystam to lajkuje prawie wszystko co się da, aby algorytmy wyświetlały mi te treści na moim newsfeedzie. You Tube podsuwa mi masę nowych treści na bazie moich wyborów.

M: Zagląda ci zza pleców co oglądasz i wie.

K: Przez tą niepewność związaną z social media mam wrażenie, że wymusi to na nas blogerach zmianę modelu biznesowego w przyszłości. Jeśli dajemy darmową treść na blogu to konsumujący ją czytelnicy nie są naszymi klientami, ale towarem, którym handlujemy. Precyzyjniej będzie powiedzieć, że towarem są odsłony jakie generują. To się może zmieniać choćby za sprawą serwisu Patronite, który umożliwia tworzenie treści bez reklam lub „,mecenasi” Patronite będą otrzymywać pewne materiały na wyłączność. Możliwe, że będziemy chować część materiałów za płatną subskrybcją, albo wręcz pojedyńczymi płatnościami za dany materiał.

M: Skoro poruszyłeś temat Patronite’a – uważasz, że to będzie nowy, wiodący trend, czy chwilowa moda, która zaraz przeminie?

K: Gdybym miał zgadywać to powiedziałbym, że ten projekt wybuchł po części dzięki Krzysztofowi Gonciarzowi (mówiłem o tym więcej na swoim kanale – Mateusz). Masa osób dopiero po jego pojawieniu się na tej platformie powstawiała swoje projekty. Zbiegło się to z rosnącą świadomością czytelników, że ich ulubieni twórcy muszą za coś żyć. Skoro ludzie potrafią kupować prasę, aby konsumować treści w niej zawarte to również bez większych oporów zechcą rzucić kilka złotych miesięcznie na piwo człowiekowi, który dostarcza im odpowiadającej im treści. Nie każdemu ta sztuka się uda, ale Gonciarz pokazał jak dobrze uzasadnić zbiórkę. Powiedział: 
„Dużo piszecie o lasie samobójców w Japonii. To droga impreza jest, a żaden sponsor się na to nie znajdzie. Skoro chcecie, abym tam pojechał to może wy mi to zasponsorujecie?”. Mając tak dużą społeczność nie miał z tym większych problemów. W końcu on w tym internecie tworzy już od lat. Mam nawet jego książkę Webshows o tworzeniu, jak to się brzydko mówi, filmików na Youtube, a napisana była przed naprawdę wieloma laty, więc on to doświadczenie ma. Innym się jednak zbiórka na Patronite nie udała. Zresztą co by daleko nie szukać to ja sam w zeszłym roku robiłem z kolegą zbiórkę społecznościową. Wymyśliliśmy sobie, że przygotujemy na rzecz społeczności taki ogromny projekt (w sensie budżetu). Ludzie, którzy chcą przygotować się na najgorsze gotowi są postawić sobie bunkier. Trudno go w polskich warunkach sfinansować, ale taka dobrze zrobiona ziemianka, czy taka piwniczka ziemna na żywność jak najbardziej na taki bunkier się nada. Myśmy wymyślili, że do spółki z architektem i całym zespołem konstruktorów opracujemy taki projekt ziemianki, następnie ją zbudujemy, obfotografujemy każdy etap tej budowy, nagramy z tego parę filmów i projekt tej ziemianki, razem z całą dokumentacją z tej budowy, żeby ludzie mogli sobie to zbudować w swoim ogródku, udostępnimy. Potrzebowaliśmy na to sumy rzędu 100 tysięcy złotych, bo budowa takiego podziemnego obiektu, nawet niedużego, jest dość kosztowna i myśmy zrobili zbiórkę społecznościową. Po pierwsze na to, by ten projekt stworzyć, a za to trzeba ludziom zapłacić, zbudować tę ziemiankę i tak dalej. Zebraliśmy 6 tysięcy z kawałkiem. Nie udało się z pewnie wielu względów. Po pierwsze dlatego, że chyba ludzie za bardzo nie potrzebują tego typu materiałów, a po drugie może mieli poczucie, że my ich chcemy naciągnąć na to, by zbudować sobie bunkier za ich pieniądze. Jak widzisz nie sposób zaplanować sukcesu swojej kampanii, ani zbiórki na Patronite. Prowadzimy kanał na You Tube. Wrzucając film, który w skali powiedzmy roku zarobi mi kilkaset złotych mógłbym uznać, że to się łatwo skaluje i nagrywając jeden film każdego dnia bardzo szybko osiągnę próg w którym będe mógł z tego żyć. Otóż niekoniecznie, bo na wszystko potrzeba po prostu czasu i nie każdy film, nawet nie wiadomo jak dobry, chwyci. Tutaj mógłby wkroczyć Patronite. Skraca czas i ilość pracy jaką musielibyśmy włożyć w tworzenie treści, by przyniosła nam satysakcjonujący zwrot. Dostaję dotację i błogosławieństwo na to, bym nie musiał oglądać się na algorytmy You Tube, SEO i całe do dbanie o robienie czegoś pod wyszukiwarkę. To samo tyczy się każdej innej aktywności. To ma szansę zadziałać w co najmniej kilkunastu przypadkach w polskim internecie. Nie mówię tu nawet o znanych You Tuberach, którzy mają tak ogromne pieniądze ze współpracy z markami, że oni nie muszą robić tych zbiórek żeby nagrać tych kilka filmów więcej. Chodzi bardziej o takich twórców jak ja – takich, którzy mają kilkadziesiąt tysięcy subskrybcji czy fanów, ale tematyka nie pozwala im się z tego utrzymać, albo ciągłe robienie czegoś „pro bono” sprawia, że zaczynają powoli się wygasać.

M: Czyli wspieranie ulubionego twórcy, który robi coś za darmo, a my chcemy, aby dalej dostarczał. Wracając do zarabiania bezpośrednio na blogach ...

K: Był taki czas, że zarabiałem regularnie po kilka tysięcy złotych z blogów.

M: Pamiętam publikowane przez ciebie raporty.

K: A faktycznie był taki okres, że je wypuszczałem.

M: Czy cieszyły się popularności?

K: Tak, ale poniekąd dlatego, że były publikowane co miesiąc, a reszta treści pojawiała sie dosyć rzadko. Raporty miały pokazać, że z blogowania można było wyżyć.

M: Czemu nie zająłeś się tym zawodowo?

K: Pracowałem jeszcze na etacie i współpracowałem jeszcze z jedną firmą, a w tych miejscach zarabiałem za dużo, by móc ot tak z nich zrezygnować. Uważam, że dobrze zrobiłem NIE rzucając tych prac. Lepiej mieć dwa zrodla dochodu niż jedno (M: zwłaszcza w czasach, gdy Adblock święci triumfy, a większość dochodów Krzysztof miał z Adsense). Bywa przecież różnie.

M: Tak gadamy o zarabianiu na blogach. Jak można na nich zarabiać, ale tak ... nie bezpośrednio. Nie z reklam, ani współprac. Zmonetyzować te blogi, ale nie otrzymywać z nich pieniędzy.

K: To, że ja zarabiam pieniądze na etacie jest w zasadzie zasługą mojego blogowania i efektem zbudowania dzięki nim mojej marki osobistej (LINK DO WPISU O MARCE OSOBISTEJ). Nie tyle na blogu, co właśnie dzięki blogowi. Pisałem o tym kiedyś na swoim blogu, że to jeden ze sposobów. W poprzedniej mojej pracy zatrudniliśmy człowieka, który wpadł nam w oko, bo prowadził blog. Po treściach jakie na nim publikował widzieliśmy, że ta osoba zna się na tym czym miała się zajmować dla nas.

M: Miała kompetencje.

K: Tak, po takim blogu można dużo wyciągnąć. Mam wrażenie, że więcej niż po takiej godzinnej rozmowie rekrutacyjnej, czy nawet dwóch czy trzech rozmowach. Wiadomo, że podczas niej człowiek jest zestresowany i nie wszystko co wie da się z niego wyciągnąć. Ten blog nie był ani jakoś szczególnie rozbudowany, ani popularny. Było tam może z 10 artykułów na krzyż i z rok nie był aktualizowany, ale sam fakt, że pojawiają się tam branżowe pojęcia dobrze wykorzystane i pokazujące, że autor się po prostu na tym zna. Można go było na tej podstawie zaprosić na rozmowę (M: czyli sami go znalezli! Twórzcie takie portfolio!) co trudniej byłoby zrobić gdyby się tego bloga nie widziało wyłącznie na podstawie CV, listu motywacyjnego, czy rozmowie. Zawsze, gdy ludzie do mnie piszą z pytaniem „jak mam zarabiać na blogu?” mówię: jedną rzeczą jest to czy ty zarobisz na tym blogu bezpośrednio na reklamach. Drugą jest to, aby stopniowo budować swoją markę jako osoby, która wie o czym pisze. Pamiętam taki blogi gościa, który studiował kierunek po którym miał zostać dentystą. Miał ten blog, był na drugim roku studiów i tak sobie kurczę myślę ... Po pięciu latach studiów prowadzonego przez lekarza, architekta, prawnika, czyli przedstawiciela wolnego zawodu ma ze 100 artykułów na temat pozwalający ocenić jego kompetencje. Śledzenie badań z zakresu np. medycyny świadczy o tym, że ten człowiek jest bardziej na bieżąco niż jakaś tam pani Grażynka z przychodni. Studentom wolnych zawodów mówię: zrób sobie blog. Mam koleżankę po architekturze, ma świetny blog i swoich klientów pozyskuje właśnie stamtąd.

M: Pewnie nijak na samym blogu nie zarabia.

K: Wiesz co ... Nie pamiętam żadnych reklam. Architekt to jest świetny przykład. Raz, że na te studia jest się trudno dostać, bo trzeba egzaminy zdać, fajne rysunki pokazać ... Załóż ten blog, wrzucaj te swoje projekty. Po skończeniu studiów będziesz miał portfolio, które możesz dołożyć do CV. Możesz tam publikować projekty robione na potrzeby studiów (M: więc wykorzystasz je dwa razy i się „nie zmarnują”), pokażesz i omówisz swoją pracę dyplomową ...

M: Można nawet pisać dla laików, aby skomplikowane sprawy przedstawiać prostym językiem.

K: Pewnie, że tak. Ważne, żeby po tych pięciu latach coś mieć. Porównaj studenta, który nie prowadził nigdzie swojego portfolio, a czas spędzał na piciu wódki czy piwa z jego kolegą ze studiów który ma identyczne oceny, ale po pięciu latach ma bogate świadectwo swojej pracy.

M: Ale wódkę to ty szanuj.

K: Wódkę to ja bardzo szanuję, ale nie uważam jej za najlepszy środek do osiągania sukcesów zawodowych. Natomiast blog już natomiast taki cel może spełnić. Chodzi o to, aby mieć coś co nas wyróżnia na tle innych. Na pewno masz świadomość tego i twoi słuchacze na pewno także, że dziś w dobie spadającej wartości wyższego wykształcenia, gdy ktoś nawet skończy wyższą szkołę gotowania na gazie i robienia hałasu, dostanie z tej szkoły jakiś dyplom, który dla przyszłego pracodawcy ma małe znaczenie, to jeśli do tego pokażesz blog na którym przez cały okres nauki piszesz o tym co studiujesz ... Powiedzmy, że studiujesz zarządzanie. Piszesz o trendach w zarządzaniu, o tym czemu Elon Musk osiągnął sukces zarządzając swoimi firmami, o tym czemu Jobs nie był dobrym szefem. Mając to wszystko masz dużo łatwiejszy start w życie zawodowe niż tylko mając ten dyplom. Mam wrażenie, że dobrze prowadzony blog może mieć większe znaczenie niż jakikolwiek dyplom. Dyplom świadczy o tym, że umiesz wkuwać i to, że w odpowiednim momencie znałeś odpowiedzi na pytania, których się spodziewałeś. Jakie to ma przełożenie na warunki w pracy? Często znikome.

M: Ja podam przykład, który dobrze znam i stanowi pewny ewenement, bo dotyczy branży PR, którą nijak się na codzień nie interesuje. Zajrzyjcie na blog Instytut Medialny. Prowadzi go dwójka bardzo młodych ludzi z czego jeden to Jakub Biel, którego śledzę na Twitterze. Potrafi w bardzo ciekawy sposób opowiadać o reklamie i PR. Człowiek ma z dwadzieścia parę lat (nie więcej niż 25), a dzięki aktywności blogowej i okołoblogowej staje się już znany w swoim środowisku. 

K: O to właśnie chodzi ... Mnie zatrudniono właśnie dlatego, że ktoś mnie wypatrzył jak prowadzę bloga o zarabianiu na blogach. Dzięki niemu byłem na jednej z konferencji organizowanych przez Google dla wydawów Adsense, gdzie byłem jedyną osobą, która dzieli się swoimi doświadczeniami. Mówiłem, że gdzieniegdzie udawało mi się osiągać CTR 30% (liczba wyświetleń do ilości kliknięć). Miałem taką podstronę, gdzie osiągałem taki wynik przez okres dwóch lat. Dzięki temu, że miałem ten blog, trafiłem na tę konferencję i ciekawie opowiedziałem o czym się zajmuję to pracuję od pięciu lat w tej branży. Jeśli jest coś co cię interesuje i możesz godzinami o tym opowiadać znajomym to zacznij o tym pisać. Jeśli jest coś o co cię ludzie pytają np. jaki telefon mają wybrać, bo wiedzą, że się na tym znasz to może znak, że powinieneś o tym pisać? Faktem jest, że zakładając blog nie ma jakiejkolwiek gwarancji, że zarobisz na nim kiedykolwiek jakieś pieniądze, a tematy o których piszesz jest tak niszowy, że czyta cię pięć osób w skali całego kraju, ale nie robiąc nic na pewno tyleż samo otrzymasz, czyli nic.

M: Każdy jest dorosły i zakładając blog powinien dobrze przemyśleć po co mu on jest (M: koniecznie sprawdz szalenie rozbudowany wpis o planowaniu blogowania)

K: Tak, przepraszam, że ci przerwę, ale nie chciałbym, abyśmy o tym zapomnieli. Właśnie zdałem sobie sprawę, że odpowiedz na to PO CO TEN BLOG POWSTAŁ jest kluczowa! Wiadomo, że dla autora jest po to, by pośrednio lub bezpośrednio na nim zarabiać, ale po co on jest czytelnikom? Co oni znajdą na nim wartościowego lub wręcz unikalnego?

M: Ja ostatnio sobie zadaję te pytania (a nawet je upubliczniłem w tym wpisie – LINK DO WPISU OD ZERA DO BOHATERA) stawiając się w roli czytelnika własnego bloga. Co ich przyciąga, co ich POZOSTAWI przy blogu, co sprawia, że już niekiedy nie wracają. Warto sobie odwrócić percepcję i wcielić się na chwilę w skórę tej osoby, która trafia na blog po raz pierwszy.

K: Czasem mam takie osoby, które piszą do mnie „panie Krzysiu, jak zarobić na blogu?”. Pytam więc go o czym jest ten jego twór. Odpowiada „a założyłem tydzień temu blog o piłce nożnej, bo się tym interesuje i będę pisał o wynikach”. Wszystko fajnie, ale ten człowiek musi odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego ludzie mieliby wchodzić na ten blog, a nie na duże, branżowe serwisy, które mają dwudziestoosobową redakcję, która jest w stanie wysłać człowieka na drugi koniec świata na jakiś ciekawy mecz do np. Brazylii, podczas, gdy taki bloger może go sobie zobaczyć najwyżej w telewizji? Co ci czytelnicy znajdą unikalnego i użytecznego na tym blogu? Jeśli nie ma nic takiego to nikt oprócz znajomych odwiedzać go nie będzie.

M: To jest jeden z błędów monetyzacji blogów. Czy mamy ich jeszcze więcej?

K: Przede wszystkim nie robić wtórnej, miałkiej treści, którą można znalezc w innych miejscach. Jakich opracowań innych artykułów. Ok, opracowania mają sens jeśli zbierasz dane z pięciu publikacji naukowych, piszesz blog o związkach damsko – męskich i bierzesz badania dotyczące psychologii na razie dostępne w internecie tylko po angielsku. Dopracowujesz, wyciągasz wnioski, popierasz to swoimi prywatnymi doświadczeniami i masz blog o uwodzeniu. Super i mówię to absolutnie bez żartów. Jeśli jednak omawiasz wyniki meczu, które zostały omówione pięćset razy przez pięćset innych portali, które mają obiektywnie lepszą treść to o czym my rozmawiamy?
M: Nazywam to znalezieniem własnej niszy i wykreowaniem swojego błękitnego oceanu, czyli tworzenie w zupełnie pustej od konkurencji przestrzeni i z mnóstwem potencjalnych czytelników, którzy nie są jeszcze zagospodarowani. 

K: Kiedy ja zacząłem pisać o zarabianiu na blogach w 2007 roku to polskich treści na ten temat nie było. Były tylko fora i ogólne serwisy o spieniężaniu ruchu, ale stricte o pisaniu bloga pod kątem zarabiania pieniędzy nie było. Jak tak o tym mówisz to ma się to doskonale to współprowadzonego przeze mnie bloga o domowym survivalu. Zaczęliśmy go prowadzić w 2010 roku i w tamtym okresie nie było takich treści po polsku. To pozwoliło nam zająć dobrą pozycję w tej niszy i czerpiemy z tego korzyści po dziś. Będzie o to coraz trudniej, bo pal sześć, że te blogi jest coraz łatwiej założyć i można to zrobić nawet w kilka minut, czy patrząc na to jak łatwo tworzyć treści na You Tube. Swoją drogą strasznie się cieszę, że ludzie boją się tej kamery, bo tworzenie treści video jak tak banalne jak jeszcze nigdy nie było. W tych telefonach są takie kamerki jakie można było kupić jeszcze kilka lat temu za kilka tysięcy złotych. Jeden z moich filmów dotyczy wycieczki do Czarnobyla. Kupiłem sobie kamerę, pojechałem, nagrałem i jedyne wspomnienia z tej wycieczki są takie, że trzymałem kamerę. Swoją drogą video to bardzo przyszłościow medium. Pisałem nawet kiedyś o tym, że trzeba tam być. Warto zaznaczyć, że video nie będzie kanibalizować blogów, bo video rządzi się swoimi prawami i tworzy się na niego trochę inny format, a przede wszystkim rządzi treść rozrywkowa, której na blogach jest może troszkę mniej, bo te z kolei zachęcają np. do głębszych przemyśleń. Jest taki trend na You Tube, że coraz więcej jest na nim treści tematycznej. Ja na przykład z pasją oglądam fantastyczny amerykański kanał gości, którzy tworzą materiały o modelach zdalnie sterowanych. Goście mają sklep internetowy, udostępniają bezpłatnie szablony i każdy odcinek oglądam.

M: I w pewnym momencie stwierdzisz „ja muszę to mieć”. Wpadłeś w klasyczny lejek sprzedażowy. Oferują ci bezpłatną wartość z nadzieją, że się zainteresujesz na tyle, by po jakimś czasie sobie to nabyć. Zrobisz to bo im ufasz. Widzisz, że się tym pasjonują, a ich filmy są potwierdzeniem faktu, że się na tym znają.

K: Tak, tak. To model zarabiania na blogu lub kanale, który działa niezależnie od tematyki. Nieważne czy prowadzi sklep internetowy i kanał na YT, czy prowadzi blog. Grunt, że zajmuje się tym od pięciu lat i mogę prześledzić całą tą ścieżkę czytając / oglądając starsze materiały. Wiedząc to mam do tego człowieka większe zaufanie niż do jakiegoś podpisanego inicjałami, anonimowego autora na portalu branżowym, gdzie nie wiem czy tekst jest sponsorowany bez oznaczenia, czy zupełnym przypadkiem pojawia się tam nazwa jakiegoś produktu. My blogerzy musimy wykorzystywać fakt, że łatwiej nam jest zdobyć zaufanie. Nie marnujmy tej szansy i nie rozmieniajmy tego na drobne pisząc „ten produkt jest świetny, kup go” tylko po to, by zarobić na prowizji.

M: Myślę, że najważniejsze myśli udało nam się w naszej rozmowie zawrzeć Krzysztofie.

K: Myślę, że tak. Jeśli macie do mnie jakiekolwiek pytania zadawajcie je w komentarzach pod wpisem. Na każde na pewno odpowiem. Znajdziecie mnie m.in. na blogu http://zarabianie-na-blogu.pl/

-

wtorek, 13 września 2016

ROZWÓJ OSOBISTY - KSIĄŻKI, KTÓRE WARTO PRZECZYTAĆ

Bardzo dużo czytam i regularnie pokazuję to zarówno na swoim prywatnym profilu jak i fanpage'u bloga. Wynika to z faktu, że zachłysnąłem się możliwością bazowania na cudzych doświadczeniach do których samodzielnie dochodziłbym (jeśli w ogóle by mi się to udało ...) latami. Nie przesadzę, jeśli powiem, że aktywnie kształtują mnie one jako człowieka. Nie będę tutaj jednak wymieniał w jakich sferach się zmieniłem, ale powiem tylko - nim przejdę dalej - abyś nie szukał wymówek, że cię na takie książki nie stać. Znajdziesz je w bibliotekach, ja korzystam także z zasobów olsztyńskiego biura coworkingowego, a wreszcie poniższe pozycje otrzymałem do recenzji od wydawnictwa MT Biznes. Więcej książek znajdziecie w mojej biblioteczce.



Wybierz siebie, James Altucher - do samego końca lektury miałem nadzieję, że będę w stanie ubrać w słowa to, co autor próbuje przekazać. Tytuł książki sugeruje jakoby próbował pomóc zarobić mi miliony i spełniać swoje marzenia. Bardziej jednak miałem wrażenie, jakbym dostał się do głowy autora i słuchał potoku jego myśli. W jednej chwili mówi coś o prowadzeniu firmy, aby chwilę później stwierdzić, że należy często spacerować. Jedne wskazówki doceniałem, podczas gdy inne traktowałem z przymrużeniem oka. Autor usilnie stara się podrzucać nam cenne porady mające uczynić nas szczęśliwymi i ta właśnie treść dominuje w książce. Spójrzcie zresztą na zdjęcie autora i koniecznie zapoznajcie się z jego blogiem, aby wiedzieć, czy podobny styl będzie wam odpowiadał przez kolejne 270 stron:

BLOGA JAMESA ALTUCHERA 

Do mnie książka nie trafiła i traktowałem jej lekturę jako przedziwną podróż po głowie autora, ale absolutnie nie jest to zła pozycja. Ona po prostu nie jest dla wszystkich.

Potęga NIE, James Altucher, Claudia Azula Altucher - tutaj dla odmiany motyw przewodni jest dużo bardziej wyraźny. Autorzy wskazują komu i w jakich okolicznościach warto odmawiać. W świecie, w którym każdego dnia jesteśmy narażeni na tysiące bodźców, powinniśmy potrafić powiedzieć wyraźne "nie". Są tutaj cenne rady jak uprzejmie czegoś odmówić. A po co? Wystarczy przeanalizować choćby sytuacje, które spotykają nas każdego dnia w internecie, gdy na samym tylko własnym fanpage'u każdy chce, abyś dał lajka, przeczytał artykuł, udostępnił znajomym, skrzynkę mailową zapychają oferty zachęcające do współpracy, dzwonią do nas z banków i firm telekomunikacyjnych ... Oprócz czegoś tak oczywistego jak szanowania własnego czasu, autorzy uczą jeszcze mówienia "nie" dla toksycznego środowiska, czy też szumu informacyjnego. Dają także wskazówki, jak odróżniać sytuacje wymagające absolutnej odmowy od tych, kiedy można się zgodzić. Cenna lektura i dająca do myślenia. Mojego życia nie wywróciła do góry nogami, ale wynika to z faktu, że potęgi słowa "nie" byłem świadomy już wcześniej. Dla tych, którzy ciągle nie są, jest to lektura obowiązkowa.

Jednominutowy menadżer, dr Ken Blanchard, dr Spencer Johnson - książka, która pisana jest w sposób za którym nie przepadam, a mianowicie w formie opowieści. Sądzę, że myśli w niej zawarte można byłoby bez większych problemów zmieścić w formie dłuższego artykułu w serwisie np. Enterprenuer, ale z przyczyn ekonomicznych zdecydowano się na książkę. Bez najmniejszego problemu można lekturę skończyć w godzinę, ale absolutnie nie chcę traktować tego jako wady. Wskazówki tam zawarte są warte bowiem swojej ceny (sugerowana detaliczna wynosi 25 zł bez grosza) i traktowanie jej w kategoriach ilość stron do ceny byłoby krzywdzące. O czym zatem traktuje? O mądrym zarządzaniu ludźmi - w dużym skrócie. Zachęca, by wracać do raz ustanowionych celów (rzeczywiście momentami zapominamy, dlaczego coś robimy), uczy oddzielać popełniane przez człowieka błędy od niego samego jako wartościowej osoby i przypomina, że rola menadżera to nie tylko pilnowanie, by błędów nie popełniać, ale również chwalenie za nawet drobne sukcesy. Warto przeczytać.



-

czwartek, 8 września 2016

ROZMOWA Z 17-LETNIM PRZEDSIĘBIORCĄ

Paweł Blicharski nie ma jeszcze 18 lat, a już teraz prowadzi portal rowerowy i skutecznie go monetyzuje. W poniższej rozmowie pokażę model biznesowy serwisu i tego jak krok po kroku zaczynał na nim zarabiać bez owijania w bawełnę (to informacja od razu dla innych zainteresowanych rozmową ze mną - nie znoszę wymijających odpowiedzi i takiego materiału nigdy nie opublikuję). Po drugie ma to funkcję inspirującą - młody człowiek, który potrafi zainteresować sobą firmy i stworzyć zespół. Po trzecie to zarazem informacja dla wszystkich przedsiębiorców, którzy chcieliby podobnego wywiadu (napisz na biuroprojektowinnowacyjnych@gmail.com). Swoją drogą Paweł świetnie stosuje zasady, które omówiłem wspólnie z Grzegorzem Miecznikowskim w nagraniu dotyczącym zaprzyjaźniania się z mediami.





Mateusz: Opowiedz o serwisie i osobie w kilku słowach czytelnikom proszę.


Paweł Blicharski: Pasjonat kolarstwa górskiego, marketingu oraz założyciel wysportowani-portal-kolarski.pl. Najszybciej rozwijającego się portalu rowerowego w Polsce. 


M: Dlaczego mówisz, że najszybciej się rozwijającego? Jakimi kryteriami się kierujesz mówiąc to i na jakie podstawie?


Kryteriów, które potwierdzają, że rozwijamy się najszybciej jest wiele. Na samym początku kierowałem się mediami społecznościowymi. Po części ilość polubień jest wyznacznikiem popularności danego portalu. Podczas obserwacji konkurencyjnych serwisów można było szybko zauważyć, że te najbardziej popularne strony mają mniejszą ilość polubień od nas, choć w social media działają minimum dwa lata dłużej.
Wraz z chęcią coraz większego reklamowania portalu zwracałem dużą uwagę na SEO. Przykładowo, w wynikach wyszukiwania wpisując ''portal kolarstwo górskie szosowe'' jesteśmy w czołówce pod względem wyszukiwania. Każdy wie, że czytelnicy stron rowerowych to również zawodnicy, którzy często ścigają się w tych samych wyścigach. Portal istnieje zaledwie od kwietnia 2016 roku, a rozmowy na temat portalu można usłyszeć dość często, a sami redaktorzy w gronie kolarzy są rozpoznawalni.


M: A możesz pochwalić się ilością czytelników wraz ze zrzutem ekranu? Biorę pod uwagę fakt, że się rozwijacie oczywiście. Sam dla przykładu nie mogę wyjść poza pewien określony poziom unikalnych czytelników.


Jak na pierwsze miesiące działalności, czyta nas bardzo wiele osób. Nie można się spodziewać sto-tysięcznych odsłon ponieważ jesteśmy portalem kolarskim. A grono tych osób nie jest tak duże jak np. w piłce nożnej. Jednak dziesięć tysięcy odsłon miesięcznie jest satysfakcjonujące patrząc na miesiące wyświetleń. Warto dodać, że społeczność kolarska ożywa w internecie na zimę, gdzie jestem pełni przekonany, że ''odskoczymy'' dla innych portali rowerowych jeszcze bardziej :)




M:  Jak go aktualnie monetyzujecie?


W chwili obecnej stawiamy na zarabianie poprzez tworzenie kampanii reklamowych dla firm rowerowych. (działania marketingowe w social media, artykuły na temat danej firmy itp.) Jednak priorytetem każdej ambitnej osoby jest dążenie dalej, dlatego nie ograniczamy się tylko do współpracy z markami rowerowymi i od nowego roku ruszamy ze sprzedażą odzieży i akcesoriów rowerowych dedykowanych głównie dla czytelników portalu.


M: Firmy tak po prostu same do was przychodzą?


Były takie przypadki, że firmy same się do nas zgłaszały, jednak było to rzadkością. W tych latach, w przypadku portali rowerowych o firmę, które zechce współpracować trzeba zawalczyć. Na medialnym rynku rowerowym jest wiele portali i blogerów. To firmy wybierają z kim chcą współpracować. Trzeba zaoferować ciekawą formę współpracy, korzystne ceny i satysfakcjonujące grono odbiorców danej strony. :) Nam na szczęście się udało zaciekawić kilka firm, lecz droga do ideału jest jeszcze daleka :)


M: Jak się zaciekawia takie firmy?


P: Najważniejsze jest to, aby się wyróżnić. Wiele portali rowerowych ogranicza się do jednej dziedziny. Inni piszą wyłącznie o kolarstwie szosowym, a inni o kolarstwie górskim. My piszemy o każdej dyscyplinie gdzie występuje rower. Kolarstwo szosowe, górskie, downhill, triathlon. Kolejnym przykładem jest fakt, iż pasjonaci rowerowi dzielą się na tych profesjonalistów, i amatorów którzy raz na jakiś czas wyjadą na jakąś wyprawę. Nasz portal nie dyskryminuje nikogo, i właśnie takie działania zainteresowały firmy.


M: Ok, ale piszecie do nich, dzwonicie, czy też sami się zgłaszają?


Na samym początku rozsyłam maile z ofertą współpracy, jeśli otrzymam pozytywne rozpatrzenie wiadomości telefonicznie dogadujemy szczegóły. 


M: Czy możesz opisać jak wygląda przykladowa wiadomość, reakcje, jak się przekonuje itd.?


Każdy kontakt z firmą jest inny. Jedne marki rowerowe ukazują profesjonalność, luksus, gdzie trzeba podejść do sytuacji w pełni poważnie, ale są też takie, które zostały założone dla czystej zajawki, z takimi firmami można ''na luzie'' dogadywać się w sprawie współpracy. Lecz wiadomości do tych dwóch różnych firm łączy wiele czynników:

- Maile nie mogą być za długie, aby nie zniechęcały.
- Wszystko musi być z dokładnością opisane: formy współpracy, ceny, statystyki.
- Oczywiście warto wspomnieć dlaczego zdecydować się właśnie na nasz portal. Znaleźć swój mocny punkt i się nim reklamować.


M: I zawsze się zgadzają?


Jakby tak było, byłoby za pięknie :) Na dziesięć firm, te dwie zawsze są zainteresowane. Wszystko również zależy od miesiąca w którym miałaby przebiegać reklama. Najwięcej chętnych marek jest na okres wiosenny. Najmniej na zimę, lecz miesięcznie z tymi czterema markami zawsze współpracujemy.


M: I jaką formą reklamy są zainteresowani? Banery, artykuły sponsorowane, czy coś jeszcze?


W pierwszym miesiącu największym zainteresowaniem cieszy się pakiet, czyli: recenzja produktu (oczywiście rzetelne opinie), baner na portalu, artykuł sponsorowany, wzmianki w social media na temat firmy. Po przebiegu najczęściej dwu-miesięcznego pakietu, decydują się na dalszą współpracę, ale już wtedy tylko na baner i test danego produktu.


M: Masz zaporowe ceny, czy wyznajesz zasadę, że wolisz częściej, ale za mniej lub rzadziej, ale za wyższe stawki? Czym się kierujesz przy projektowaniu polityki cenowej?


Cen nie mamy niskich, ponieważ moim zdaniem zaniżanie cen nie jest dobrym rozwiązaniem. Poprzez zaniżanie, media rowerowe stracą na wartości. Politykę cenową nastawiam na standardowe ceny (podobne do cen konkurencji) i częstą reklamę.


M: Czyli o stawkach jakiego rzędu mówimy? Pytam, by czytelnicy wiedzieli mieli jakiś obraz w głowie tworząc dla przykładu własny serwis, albo porównując ze swoimi stawkami.


Ciężko tutaj powiedzieć jakąkolwiek stawkę. Do każdego klienta podchodzi się indywidualnie. Ale pakiety miesięczne nie przekraczają 600 zł


M: Prowadzisz działalność gospodarczą, czy podpisujecie umowę zlecenie?


Podpisuję umowę o dzieło. Działalność gospodarczą zamierzam założyć za rok, ponieważ na razie jestem osobą niepełnoletnią.


M: A co robisz z zarobionymi pieniędzmi? Reinwestujesz część zarobionych środków w reklamę, czy ruch pozyskujesz go organicznie, a z tych środków starasz się żyć?


W początkowej fazie rozwoju portalu na pierwszym miejscu stawiam na reklamę. W tym momencie ponad 50% zarobków inwestuję w marketing. Główny nacisk stawiam na social media, artykuły promocyjne (banery, ulotki itp) oraz sponsoring wyścigów kolarskich. Ruch z wyszukiwarek jest co miesiąc 20 procentowy, ale wyznaje zasadę, że jeśli coś doprowadzi się do perfekcji można przechodzić do kolejnego punktu, tym kolejnym punktem będzie zwiększenie ruchu z wyszukiwarek.


M: Bannery i ulotki konwertują?


Moim zdaniem tak.Zacznijmy od ulotek: zawodnicy wolą przyjechać na miejsce wyścigu o wiele wcześniej.Do startu pozostało jeszcze dużo czas, a pod wycieraczką samochodową znajdują ulotkę nawiązującą do kolarstwa. Bez wahania wchodzą na stronę, aby przyjrzeć się jej po prostu z nudów. Wiele osób na pewno pozostanie z nami na dłużej. Na takim samym przykładzie działają banery. Kolarz średnio w sektorze startowym czeka 5-10 minut. Przez ten czas tak jak z ulotkami ogląda banery jakie wokół niego się znajdują. Jeśli została dobrze użyta wizualizacja jest duże prawdopodobieństwo, że zapamięta właśnie nasz baner, a po powrocie do domu, wejdzie na portal.


M: Przeprowadzacie ankiety wśród czytelników skąd do was trafili?


Oficjalnej ankiety jeszcze nie przeprowadzaliśmy. Ale główne informację czerpię od moich redaktorów, którzy pytają się swoich rowerowych znajomych w jaki sposób dowiedzieli się o portalu.


M: Skąd w ogóle pomysł na portal? Ponadto na czym stoi i jak wyglądały jego początki (np. promocja, testowanie formatów, docieranie do pierwszy czytelników itd)?


Pomysł na portal pojawił się dość spontanicznie. Przeglądając w tamtym momencie inne strony o tematyce rowerowej zauważyłem znaczną komercjalizację. Same artykuły sponsorowane, mało jakichkolwiek przydatnych artykułów. Postanowiłem to zmienić i postawić na pasję. Zatrudniłem informatyka, stworzył szablon według moich oczekiwań, a portal postawił na silniku wordpressa. 10 kwietnia 2016 roku oficjalnie strona już ruszyła. Początki zawsze są trudne, pierwsze artykuły były rozsyłane po wszelkich grupach rowerowych i znajomych. Od maja stworzyłem już własną redakcję w której skład wchodzi: Rafał Gładysz, Sławomir Niciński, Bartłomiej Stępień i Kamil Świercz.
Od tamtego czasu wszystko nabrało tempa, redaktorzy tworzyli coraz lepsze teksty, reklamowali je wśród swoich znajomych oraz zacząłem wdrażać działania marketingowe, które dawały, jak i dają spory efekt.


M: Nie chce mi się wierzyć, że nie było żadnych kłopotów, przejść, ani komplikacji, więc muszę dopytać:

1] Ile kosztowało postawienie portalu?
2] Redaktorzy tak sami z siebie uznali, że są gotowi poświęcić swój czas od ręki?


Przez ten cały czas nie spotkałem się z żadnymi komplikacjami :) Stworzenie całego portalu kosztowało mnie 1000 zł. Na facebook-owej stronie dodałem informację o rekrutacji do portalu. Zgłosiło się wiele osób, wybrałem najlepsze. Od samego początku redaktorzy byli gotowi poświęcić swój czas, ponieważ mój portal również wiele gwarantuje.


M: Czy chcesz podzielić się czymś jeszcze z czytelnikami co może stanowić dla nich wartość? Na przykład czy pewne rzeczy zrobiłbyś z perspektywy czasu inaczej.


Na pewno podczas planowania wszelkich działań na portalu, teraz dopracowywałbym wszystko wolniej, ale dokładniej. Ja popełniałem taki błąd, że wszystko chciałem mieć na teraz.


M: Dzięki za wywiad i wytrwałość Pawle!